Czy Warszawski Festiwal Filmowy może być sposobem na życie? - To jeden z najświetniejszych zawodów na świecie - mówi Stefan Laudyn.  O pracy nad Warszawskim Festiwalem Filmowym, który w tym roku obchodzi swoje 35 urodziny, współpracy z twórcami, legalności kontaktu ze sztuką i realizacji misji ze Stefanem Laudynem, dyrektorem WFF rozmawia Magdalena Sendecka.

Rozmawiamy na 2 dni przed uroczystym otwarciem 35. Warszawskiego Festiwalu Filmowego, więc spytam najpierw, jak się czujesz.

Dobrze. To moja 3 rozmowa dziennikarska dzisiaj, a raczej nieostatnia (rozmawiamy o 10 rano – przyp. M.S.). Dzieje się. Ale jakoś to opanuję.


Podejrzewam, że większość uczestników festiwalu nie pamięta jego początków, a to bardzo ciekawa historia.

Festiwal założył w 1985 roku Roman Gutek. Chyba rok wcześniej, wracając z festiwalu w Monachium, wymyślił Warszawski Festiwal Filmowy w pociągu relacji Monachium-Warszawa. Wtedy taki pociąg jechał ze 12 godzin, więc miał dużo czasu na przemyślenia. No i się zaczęło. Od razu się okazało, że to świetne trafienie, widzowie są wygłodniali. W tamtych czasach pokazanie jakiegokolwiek filmu zagranicznego było atrakcją. Kilka lat później, w roku 1990, zadałem sobie trud przeanalizowania rynku. W latach 80. XX wieku panowała złowroga logika: na ekranach było 15 filmów ze Stanów Zjednoczonych zrównoważonych przez 15 filmów ze Związku Radzieckiego, do tego 15 filmów z Europy Zachodniej zrównoważonych przez 15 filmów z demoludów, czyli krajów tzw. demokracji ludowej. Pojawienie się festiwalu – wtedy pod nazwą Warszawski Tydzień Filmowy – na którym można obejrzeć więcej filmów zachodnich niż w dystrybucji przez cały rok, to była rewolucja.
 

Przypomnijmy, że na początku lat 80. zaniechano organizowania Konfrontacji Filmowych, które były bardzo skromnym, ale jednak jakimś oknem na świat.

Konfrontacje to był kupowany przez państwowego dystrybutora pakiet głośnych filmów, który jeździł po Polsce. Cieszyły się wielką popularnością, bo te filmy można było zobaczyć w zasadzie tylko wtedy. Stojąc w długiej kolejce kupowało się karnet na Konfrontacje, oglądało się wszystkie filmy – 10 czy 12 – i rok kinomana był zaliczony.


Do was też się stało w kolejce, bardzo długiej.

Pamiętam te kolejki, do Hybryd jeszcze, gdzie sprzedawano bilety. Któregoś roku koniec kolejki był przy barze Krokiecik przy ulicy Zgoda, który teraz jest restauracją węgierską Borpince. W następnej dekadzie kolejki stały pod Skarpą. Pamiętam takie zdjęcie, chyba w „Gazecie Wyborczej”, wielkiego napierającego tłumu. Ale uratował je człowiek, który stał odwrócony z szerokim uśmiechem i to było piękne, bo wiadomo było, że nie jest to kolejka po mięso, gotowa stratować i zabić, ale ludzie, którzy chcą obejrzeć dobre kino.


W kolejkach zawiązywały się liczne przyjaźnie.

Przyjaźnie, małżeństwa...


To było na owe czasy ogromne przedsięwzięcie. Ile ściągaliście filmów?

Kilkadziesiąt. A robiliśmy to bez e-maili czy telefonów komórkowych. Za granicę dzwoniło się, zamawiając rozmowę międzynarodową u telefonistki, a na rezultat tego zamówienia czekało się często kilka godzin. Szybką formą kontaktu były teleksy, a ja wiedziałem jak obsługiwać teleks. To było naprawdę coś.


To był skill! Domyślam się, że organizacja Warszawskiego Festiwalu Filmowego – festiwalu klasy A – w porównaniu z tamtymi wyzwaniami jest banalna.

Nie jest banalna. Przede wszystkim dlatego, że zmieniła się liczba filmów w selekcji. Proszę sobie wyobrazić, że zgłasza się do nas ponad 4 tysiące filmów ze 122 krajów świata. Nawet mnie trudno w to uwierzyć! W tym roku wybraliśmy 180 filmów z 63 krajów, czyli w procesie selekcji odpada ponad 95% filmów. To jest ogromna praca, nie pamiętam czegoś takiego z dawnych lat. Zresztą w początkach festiwalu nie było możliwości obejrzenia filmów przed ich pokazem, może co najwyżej na innych imprezach. Ta szybkość pojawiania się filmów na Warszawskim Festiwalu Filmowym w porównaniu z dawnymi czasami zmieniła się niesamowicie. W konkursie krótkometrażowym mamy 12 premier, w międzynarodowym 7, do tego premiery międzynarodowe, premiery europejskie i wschodnioeuropejskie, to jest naprawdę ogromny krok naprzód.


Jak to się stało, że jednak stosunkowo skromny Warszawski Tydzień Filmowy przerodził się w Warszawski Festiwal Filmowy?

Stało się to przez kilkadziesiąt lat ciężkiej i źle opłacanej pracy zespołu. Nie znajduję innego wytłumaczenia.


A jak to wygląda od strony formalnej? 10 lat temu dostałeś akredytację FIAPF – Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń Producentów Filmowych.

Dzięki czemu przeszliśmy do grupy festiwali konkursowych, a nie specjalistycznych, to jest właśnie kategoria A. W zasadzie nie powinniśmy używać tej nazwy, bo FIAPF nie kategoryzuje festiwali, nie ustawia ich w kolejności, że ten jest lepszy, ten gorszy, a tamten to w ogóle jest słaby, tylko wszystkie festiwale, które mają tę akredytację, spełniają pewne warunki.


Jakie?

Przede wszystkim organizacyjne. Chodzi o to, że przesyłane do nas kopie filmów nie giną, nie są piratowane, przyjeżdżają tutaj goście w związku z tymi filmami i to wszystko się odbywa zgodnie z zestawem zasad. Czasami mamy kontrolę z FIAPF, która to sprawdza. Przyjeżdża człowiek i przygląda się temu, co robimy. Czy mają państwo ubezpieczenie taśm? Tak, proszę bardzo, oto jest polisa. Czy festiwal jest ubezpieczony? Tak, oto jest polisa.


Rozumiem, że temat legalności kontaktu ze sztuką jest wam bliski. Twoją misją od lat jest pokazywanie filmów artystycznych. Nie zawsze do takiego kina łatwo dotrzeć legalnie.

Dla mnie podstawowa kwestia to dotarcie do firmy lub osoby, która ma prawa do filmu. Zwykle jest to producent, ale nie zawsze, potem może to być np. agent sprzedaży, a jeśli jest to film polskiego dystrybutora, to musimy też go spytać, co sądzi o pokazie na festiwalu. Mamy bardzo niewiele filmów od polskich dystrybutorów, za to zwykle filmy, które są wysoko w plebiscycie publiczności, potem ktoś kupuje do Polski. Bardzo mnie cieszy, gdy jakiś film pokazywany przez nas zyskuje dystrybutora. Przecież robimy to dla ludzi i chodzi o to, żeby mieli frajdę, taką jak my.


Czym dla ciebie jest w tej chwili Warszawski Festiwal Filmowy?

Sposobem na życie. To jeden z najświetniejszych zawodów na świecie. Zostałem dyrektorem w 1991 roku, zbliża się moja 30 edycja. Jestem rozpoznawalny w międzynarodowej branży filmowej, nie muszę nikomu tłumaczyć co robię. Myślę, że to właśnie przekłada się na liczbę zgłoszeń. Ostatnio jeżdżę do Chin, proszę sobie wyobrazić, że stamtąd mamy ponad 200 zgłoszeń.


Jak wygląda proces selekcji? Do obejrzenia 4 tysięcy filmów potrzeba zapewne armii ludzi?

Kilkudziesięciu osób. Zwykle na festiwalach ta struktura przypomina piramidę, a na górze jest dyrektor, czyli ktoś, kto odpowiada za program. Ja tą odpowiedzialnością dzielę się z moją wspólniczką – prezeską Warszawskiej Fundacji Filmowej panią Ewą Więckowską. Natomiast ogromną robotę wykonuje ponad 20-osobowy zespół, osobny do filmów krótkometrażowych. W ich wybory prawie nie ingeruję, zdarzyły mi się pojedyncze interwencje. Osobny zespół to filmy pełnometrażowe, tutaj mamy swoich przedstawicieli w Chinach, Korei, Rosji, w Ameryce Łacińskiej, pracujemy również z obcokrajowcami, którzy dobrze znają swoje rynki i kinematografię. Poza tym, jeśli jadę na jakiś festiwal, to głównie rozmawiam. Spotykam kolegę z Bułgarii i pytam: co u was słychać, a on mówi: będzie taki nowy film, zwróć uwagę. To na tym polega.
 

Sieć osobistych kontaktów wypracowana przez wiele lat...

...jest niezastąpiona. Tego nie da się zrobić e-mailami, nie da się tego zrobić telefonami, trzeba się z tymi ludźmi spotkać, trzeba coś przeżyć. Pomagamy sobie nawzajem, bo to naturalnie działa w obie strony.


Warszawski Tydzień Filmowy wypromował takich twórców jak Peter Greenaway czy Jim Jarmusch, to był pierwszy kontakt z nimi polskiej publiczności.

Hm... Pamiętam, że chyba Maciej Dejczer się nie dostał na pokaz Jarmuscha.


Wybaczył ci to?

Nie sądzę.


Czy teraz są twórcy zaprzyjaźnieni z festiwalem?

Naturalnie. Festiwal to rodzaj marki. Ludzie, którzy byli raz w Warszawie, chcą do nas wracać. Sięgnę po program w gazecie festiwalowej: na otwarcie mamy film „Bosy imperator” dwójki reżyserów, którzy w 2007 roku na Warszawkim Festiwalu Filmowym mieli film „Khadak”. Filmem zamknięcia będzie „Talasoterapia” Guillaume Nicloux, który miał 3 filmy na WFF: „Dolinę miłości” (2015), „Koniec” (2016) i „Na krańce świata” (2018). W konkursie głównym startuje Dan Chișu, który 2 lata temu był z filmem „Urodziny”, Iranka mieszkająca we Francji Sepideh Farsi („Jutro przejdę na drugą stronę”) 5 lat temu gościła u nas z filmem „Czerwona róża”. „Omar i my” to film w konkursie głównym. Jego reżyserzy Maryna Er Gorbach i Mehmet Bahadır Er 10 lat pokazali „Szczekanie czarnych psów” i jest w tym pewna logika, bo wtedy byli w konkursie debiutów (1-2), a teraz wracają do konkursu głównego. Co dalej? „Shindisi” Dito Tsintsadze, 19 lat temu „Zagubieni zabójcy”, w 2004 roku „Strach przed strzelaniem”, w 2006 „Człowiek z ambasady”. Znalazłem niedawno zdjęcie Dito Tsintsadze z Małgośką Szumowską i Pawłem Pawlikowskim w 2000 roku w Salonikach, tam się poznaliśmy i tam hartowała się stal. Kolejny film, „Słuchaj wszechświata”, z Andrzejem Chyrą w roli jurora konkursu pianistycznego: jego reżyser Kei Ishikawa miał u nas 2 filmy, najpierw krótki metraż, a potem tak samo jak reżyserzy z Turcji i Ukrainy pełnometrażowy „Gukoroku – Ślady grzechu” w konkursie 1-2. Vinko Brešan („Stan wyjątkowy”, z Danielem Olbrychskim w roli prezydenta Chorwacji) był u nas 19 lat temu z filmem „Duch marszałka Tito”, w 2004 pokazał „Świadków” a w 2009 „To jeszcze nie koniec”. „Walka Atbaia” – Adilkhana Yerzhanova startuje w konkursie głównym, a reżyser 5 lat temu dostał nagrodę Wolny Duch za film „Właściciele”, potem pokazał „Zarazę ze wsi Karatas”, a potem „Łagodną obojętność świata”.

To tylko przykłady z konkursu głównego, konkursów jest 5, a składów jurorskich wręcz 9, bo poza jurorami przypisanymi do konkursów jest jeszcze jury NETPAC oceniające filmy azjatyckie i z rejonu Australii i Oceanii, podwójne jury FIPRESCI – dorosłe i młode, i jest jury ekumeniczne.


Co stanowi o charakterze Warszawskiego Festiwalu Filmowego?

Mam nadzieję, że bezpretensjonalność. Nie staramy się udawać, że jesteśmy drugim Cannes czy czymkolwiek innym – jesteśmy Warszawskim Festiwalem Filmowym. Niezależnie od tego, kto do nas przyjeżdża, widzowie mają dostęp do niej czy do niego. Dajemy możliwość nie tylko obejrzenia świetnych filmów, ale również możliwość spotkań z twórcami, która jest w zasadzie nieograniczona. Wystarczy przyjść na salę kinową z biletem, a potem zostać i porozmawiać z twórcą.


Dostałam wczoraj newsletter z listą spotkań, jest ich chyba kilkaset.

Tak może być, jeszcze nie wiem ilu mamy gości, ostatnie dane mówią o 157 twórcach filmowych z 40 krajów, ale ta liczba rośnie. To jest piękne i smutne zarazem. Smutne, bo nie mamy budżetu, żeby zaprosić wszystkich twórców, a piękne, bo część filmowców przyjeżdża do nas na własny koszt. Czasem to są całe grupy, jak np. ekipa z Estonii: Kerli Kirch Schneider z krótkim metrażem „Virago” o sile kobiet i o mężczyznach, którzy padają jak muchy w tytułowej wiosce Virago. Mieliśmy też ekipy przyjeżdżające z Chin czy Australii, a to podróż na drugi koniec świata! Tylko po to, żeby tutaj pokazać film i spotkać się z publicznością. To wzruszające.


Masz szeroki ogląd filmów z całego świata, jak widzisz na tym tle polskie kino?

Powtarzam od lat: z polskim kinem nie jest tak źle jak mówią, ale nie jest też tak dobrze jak mówią. Co roku pojawia się kilka filmów, wartych pokazania za granicą i zwykle tak się dzieje.

 

Czy coś nas wyróżnia?

Kiedyś wyróżniała nas ponurość. Pamiętam sceny, które pojawiały się w większości filmów ze znanej szkoły filmowej: obdrapane podwórko i gołębie wzbijające się do lotu.


Ale to się zmieniło. Widzisz jakiś trend?

Lokomotywą na pewno była „Ida”. Mieliśmy przyjemność zorganizowania prywatnego pokazu „Idy” dla dyrektora festiwalu w Toronto 6 lat temu. Od tego się zaczęło.


Byłeś więc trochę ojcem chrzestnym sukcesu?

Nie przypisuję sobie specjalnych zasług, bo nie ja nakręciłem ten film, ale byłem elementem łączącym, co parę razy mi się w życiu udało. To ogromna satysfakcja. Na przykład jeden z naszych ulubionych polskich reżyserów filmowych, Andrzej Jakimowski, na Warszawskim Festiwalu Filmowym spotkał producenta Mike’a Downeya, z którym pracuje do dzisiaj, a to było 12 lat temu.


Podejrzewam, że masz więcej takich historii. Jakaś ulubiona?

Nie jestem człowiekiem, który rzuca przykładami z kapelusza. Ale kiedyś rozmawiałem z dziewczyną, która po obejrzeniu filmu reklamowego British Airways obiecała sobie, że musi polecieć do Wielkiej Brytanii właśnie British Airways. Poleciała a tam chyba nawet wyszła za mąż, tak się potoczyła ta historia.


Pamiętam tę reklamówkę z fantastyczną muzyką.

Tak, z muzyką Léo Delibesa. To było w Skarpie, chyba pierwsza projekcja. Byliśmy pierwszym festiwalem filmowym w Polsce, który wprowadził filmy reklamowe, ale jeszcze bardziej dumny jestem z tego, że byliśmy pierwszym, który z nich zrezygnował. U nas nie ma reklam, nie ma tego, że się przychodzi na 18.30 na film, który się zaczyna o 19.13. Mamy 36-sekundowy zwiastun i jedziemy.
 

Jak w związku z tym spinasz budżet?

Z trudem. To wszystko polega na bardzo nisko opłacanej pracy wspaniałego zespołu ludzi. Bez tego by się nie dało.


Wróćmy do legalności i piractwa. Uda się ocalić twórców przez piratami?

Nie wiem, to jest duży problem. Pamiętam rozmowę w paryskim biurze dyrektora festiwalu w Cannes. Byłem wtedy świeżo po pierwszym wyjeździe do Chin i podekscytowany opowiadałem mu, że widziałem tam wydawnictwo wszystkich zwycięzców festiwalu canneńskiego, jak sądzę spiratowane. Wyszedł do drugiego pokoju i wrócił z paczką płyt, pytając: o to ci chodziło? Czyli to jest naprawdę duży problem. Albo się to ma w sobie, że człowiek przyzwala na niewłaściwe praktyki, albo nie.


A nie masz wrażenia, że ludzie często nie wiedzą, iż korzystają z usług piratów? Wydaje się, że jeżeli ktoś żąda od ciebie opłaty, to jest to legalne.

Może tak być. W dziedzinie edukacji jest wiele do zrobienia. Może nie ma powszechnej świadomości tego, co jest legalne.

Reżyser „Walca z Baszirem” Ari Folman, który był u nas ze swoim filmem, powiedział jeden z piękniejszych komplementów o festiwalu: Stefan i Richi (Ryszard Miętkiewicz, nasz kurator Konkursu Wolny Duch) pokazują w Warszawie takie filmy, których potem nawet w internecie nie można znaleźć.


A czy jest jakiś klucz tematyczny, poza walorami artystycznymi?

Nie, motto festiwalu jest bardzo szerokie: filmy o ludziach i dla ludzi. Nie jesteśmy festiwalem, który ma jakieś hasło a potem stara się dopasowywać do niego repertuar. Myślę, że to bzdura.


Ale macie konkurs Wolny Duch.

Pojawiają się filmy, które trudno zakwalifikować, bo idą pod prąd, pod włos, są niezależne, odjechane, czasami bardzo śmieszne, zwariowane – i dla nich jest ten konkurs. Mamy filmowców, którzy mówią: chcę startować w konkursie Wolny Duch, nie w głównym.


Czy na coś szczególnie trzeba zwrócić uwagę w tym roku?

Dla mnie każdy z prezentowanych filmów to osobna historia. Czasami jest bardzo długa, jak w przypadku „Malowanego ptaka” Václava Marhoula. Znam reżysera co najmniej od 20 lat, a on pracuje nad tym filmem od 10 lat. Spotkaliśmy się w 2013 roku w Cannes, gdzie był uczestnikiem, a ja wykładowcą programu ScripTeast. Opowiedział mi o tym filmie. Bardzo ambitny projekt, a na podstawie jego dotychczasowych dokonań trudno było stwierdzić czy jest właściwą osobą do tego filmu. Ale to, co zobaczyłem teraz, mnie powaliło. To jest długi film, ponad 2-godzinny, a byłem przyklejony do ekranu. To zdecydowanie najważniejszy film wschodnioeuropejski tego roku.


Czego ci życzyć na dalsze lata trwania festiwalu, który świętuje właśnie 35-lecie? Ładna, okrągła rocznica.

Półokrągła [śmiech]. Myślę, że normalności. Żebym nie musiał tłumaczyć w naszym najbliższym otoczeniu, czyli mieście stołecznym Warszawie, co to jest Warszawski Festiwal Filmowy, dlaczego jest istotny i dlaczego niesłuszne jest, że dostajemy tylko ułamek wsparcia, jakie dostają inne festiwale w kraju, nie mówiąc o zagranicznych.

 

Żeby nie zamykać rozmowy tym pesymistycznym akcentem, spytam o publiczność. Kto do was przychodzi?

Ludzie, którzy umieją czytać, bo pokazujemy filmy z napisami, i to już jest miłe. A poważnie: ludzie, którzy myślą. Kiedy wychodzą z seansu, widać te myślące twarze i to jest wielka radość.

Rozmawiała Magda Sendecka

Słowa kluczowe:
Legalna Kultura kultura wywiad 

Dodaj komentarz:

Sonda

Czy jesteś zadowolona(y) z obecnych wydarzeń w radzie miasta i powiatu?

Nie, te zmiany niczego nie wnoszą - 80.8%
Tak, to są zmiany na lepsze - 13.1%
Nie mam zdania na ten temat - 6.2%

Głosów ogółem: 130
Głosowanie w tej sondzie zakończyło się w: październik 20, 2019
X Zamknij
X Zamknij